13

got2b - megalomania - big volume hairspray

Big Volume Hairspray (około 12 złotych) marki got2b to lakier utrwalający i dodający objętości włosom.
Zamknięty w typowej dla lakierów tubie. Opakowanie jest w przyciągającym wzrok truskawkowo malinowym kolorze i z bardzo ładnym wzorem.
Nigdzie na opakowaniu nie ma o tym wzmianki, ale ten lakier ma naprawdę śliczny, malinowy zapach, co, jeśli tak jak mój chłopak, na samo tylko wyrażenie "lakier do włosów" dostajecie migreny, może być naprawdę ważne. Co więcej, zapach ten na włosach utrzymuje się pół dnia i naprawdę umila użytkowanie produktu.
Czy lakier zwiększa objętość włosów? Na upartego, jeśli będziemy włosy spryskiwać od dołu i tuż u nasady, to można tak powiedzieć, w przeciwnym wypadku cudów nie ma. Włosy nie stają się ani grubsze, ani bardziej odbite od nasady niż zazwyczaj. Jeśli jednak nałożymy produktu chociaż ciut za dużo, to efekt może okazać się wręcz odwrotny, włosy będą posklejane i "mokre", przez co wydaje się, że jest ich jeszcze mniej niż normalnie.
Utrwalenie fryzury określiłabym jako średnie. Lakier poradzi sobie z nieskomplikowanymi upięciami, albo włosami puszczonymi swobodnie, natomiast jakieś większe konstrukcje wymagają czegoś znacznie mocniejszego niż to. Fryzura utrzyma się po tym lakierze jeśli nie będziemy miały akurat do czynienia z deszczem, albo dusznym klubem. Nocy na imprezie nie przetrzyma na pewno.
Tak więc, jeśli zależy wam na ładnym zapachu i delikatnym utrwaleniu włosów, to Big Volume Hairspray może być wart uwagi.
Używałyście go? Czy znacie inne lakiery do włosów o ładnych zapachach?
Podzielcie się!
11

Virtual - Satin Duo 056, cień do powiek

 
Satin Duo (10,30 złotego) z serii Klejnoty Kaszmiru marki Virtual to kolekcja podwójnych cieni do powiek o satynowym lub mocno perłowym wykończeniu. Znajdują się w plastikowym, szarym opakowaniu, które ma interesujący design, ale kiepskie wykonanie, kojarzące się z czymś tanim i niezbyt trwałym (za tą cenę produktu, mogę jednak opakowanie odpuścić). Bardzo spodobał mi się natomiast wycisk napisów na cieniu, który wygląda bardzo interesująco. Do każdego opakowania dołączona jest pacynka bez, moim zdaniem kompletnie nie mająca rzeczywistego zastosowania przez swój dziwaczny, wygięty w łuk kształt.
056 - cień złożony z dwóch odcieni, jasnej, miętowej zieleni i trawiasto, liściastej, dojrzałej zieleni. Oba odcienie są mocno, mocno perłowe.
 
Cień jest bardzo miękki i dzięki temu bardzo dobrze rozprowadza się na powiece. Nie mam żadnych zastrzeżeń co do aplikacji, cień nie plamił, nie plackował się, nie zauważyłam też żeby osypywał się na policzek, grzecznie przenosił się z pędzla na powiekę.
Pigmentacja jest dobra, kolor jest intensywny i żywy już przy pierwszej warstwie, można go też warstwować po to, by był jeszcze bardziej natężony. Blendowanie nie sprawiało żadnego problemu, jedyne, co mogę mu zarzucić to fakt, że przy intensywnym cieniowaniu zaczyna nieco tracić na pigmentacji i wybarwia się przy łączeniu go z innymi kolorami.
 
 
 
 
 
Trwałość na moim oku to 4 godziny bez bazy, po tym czasie zaczął się rolować i wybarwiać. Z bazą ten czas to 11 do 12 godzin, po 12 godzinach zmyłam go z oka, ale do tego czasu kolor pozostał bez zarzutu.
Tak więc jeśli szukacie mocno perłowego, satynowego cienia do podstawowego zielonego makijażu oka, to 056 może się u was sprawdzić!
 
 
 
Używałyście go? Czy w ogóle malujecie się na zielono?
Podzielcie się!
10

MAC - MAC for Cindy Sherman - jesień 2011 - zapowiedzi

Nie będę ukrywać, że byłam w szoku, gdy dowiedziałam się z kim MAC współpracować będzie przy swojej październikowej (u nas listopadowej) "artystycznej" kolekcji. Bo Cindy Sherman to nie projektant, jak bywało do tej pory, a artystka-fotografik, reżyser i własna modelka.
Sherman to nie jest zdecydowanie artysta mainstreamowy w pełnym tego słowa znaczeniu, choć jej prace osiągają zawrotne sumy na aukcjach. To nie znana wszystkim celebrytka - jak w przypadku poprzednich kolaboracji MACa (McQueen, Ungaro, DSquared2 czy niedoszła współpraca z siostrami Mulleavy z duetu Rodarte). Mam jednak cicha nadzieję, że w tym roku jeszcze "wskoczy" w sprzedażowy grafik kolekcja powstała we współpracy z Garethem Pugh! 
Ale dość o moich preferencjach, bo nawet średnie lubienie Cindy Sherman jako artystki nie przeszkadza mi w jak najbardziej pozytywnym odbiorze kolekcji firmowanej jej nazwiskiem! To coś, na co od 2 lat czekałam, a nawet dłużej, bo ostatnimi tak kolorowymi produktami były w Polsce te firmowane przez Manisha Arorę. 
Tak więc w kolekcji Sherman mamy wreszcie KOLOR! I to bardzo, bardzo wyraźny, soczysty, neonowy wręcz! To będzie uderzenie barw w listopadowe wieczory. Plusem jest też to, że duża część kosmetyków to produkty PRO, czyli mocniej napigmentowane, "niewyjściowe", ale za to bardzo ekscytujące.
A teraz to, na co wszyscy czekali - produkty:
- szminki:
 
- błyszczyki:
- cienie do oczu (pojedyncze):
 
 
 
 
- cienie do oczu (poczwórne):
 
- pigmenty (!!!):
 
- kredki Chromagraphic (wszystkie to kolory PRO):
- pudry do wykończeń (Skinfinish):
 
- puder brązujący:
- lakiery do paznokci:
 
- sztuczne rzęsy:
- linery żelowe Fluidline:
 
- oraz "wymazywacz" do ust (Lip Erase).
Co myślicie o TAKIEJ kolekcji? MI serce żywiej bije na myśl o pigmentach (przynajmniej 3 limitowanych i niedostępnych ani w sprzedaży normalnej, ani w PRO). Czyli Cindy Sherman to dobra ambasadorka dla MACa?
Podzielcie się!
12

KOBO Professional - Matt Make Up - podkład matujący

Matt Make Up (22,99 złotego za 40 ml) to matujący podkład marki KOBO Professional. Osobiście nie przepadam za całkowicie matowym wykończeniem, ale wiem, że jest wiele kobiet, które właśnie taki efekt cenią sobie najbardziej, zobaczmy więc, czy KOBO jest w stanie sprostać ich oczekiwaniom w tej kwestii.
Testowany przeze mnie odcień to 101 Ivory.
Opakowanie to prosta, miękka plastikowa tuba z porządną czarną zakrętką, nie miałam problemów z wyciskaniem i dozowaniem produktu. Sam podkład jest bardzo treściwy i gęsty, w konsystencji przypomina niemal mus do ciała. Bardzo ładnie pachnie, jak połączenie kremu i kwiatów.
Prace z nim radzę wykonywać szybko, dlatego, że zastyga w dosyć krótkim czasie, po czym robi się mało plastyczny i im dłużej zwlekamy, tym większe trudności z odpowiednim wyblendowaniem go na twarzy. Jeśli jednak będziemy pracować z nim w miarę szybko, to zapewni nam naprawdę dobre krycie niedoskonałości i ładne, matowe wykończenie.
Mimo gęstej konsystencji podkładu nie miałam problemu z nałożeniem cienkiej jego warstwy, efekt krycia można więc stopniować w zależności od potrzeb. Nie zauważyłam też, żeby pod wpływem utleniania się jakoś stanowczo zmieniał odcień.
Efekt matu jest natychmiastowy i, że tak powiem, bez względu, twarz jest całkowicie matowa, nawet zanim jeszcze przypudrujemy ją, aby ustabilizować podkład. Efekt matu utrzymywał się na mojej buzi 11 godzin, po tym czasie zaczynałam się świecić w strategicznych miejscach takich jak czoło, broda i nos.
Jego trwałość oceniam na 9-10 godzin, po tym czasie zaczyna zbierać się w zmarszczkach i rolować w okolicach skrzydełek nosa. Nie jest to jednak koszmarny i niechlujny efekt, a jedynie drobna niedoskonałość, którą jesteśmy w stanie zauważyć tylko my, ponieważ znamy swoją twarz na pamięć. Przez cały dzień natomiast, mimo słonecznej pogody nie "spocił się", nie spłynął, nie roztopił się. Myślę więc, że świetnie może nadać się na sesje zdjęciową w wilgotnych warunkach.
KOBO Professional - Matt Make Up - podkład matujący (zdjęcie w cieniu)
KOBO Professional - Matt Make Up - podkład matujący (zdjęcie z lampą błyskową, podkład nieustabilizowany pudrem)
Zmywanie go nie było jakoś szczególnie uciążliwe, ale jednak zalecam usuwanie go mleczkiem, najpierw wmasowując dokładnie mleczko w skórę. Nie zapominajmy, że fluidy matujące są zazwyczaj bardziej ciężkie i kryjące od ich rozświetlających kuzynów!
Jeśli szukacie matującego podkładu, który jednocześnie zapewni wam dobre krycie, to Matt Make Up marki KOBO, jest dobrym rozwiązaniem dla was!
Czy próbowałyście kiedyś podkładów KOBO? Czy lubicie matowe wykończenie makijażu?
Podzielcie się!
12

The Make Up Blogger Award - czyli w co bawią się Barwy

Na początek przypomnienie zasad zabawy, choć pewnie i tak wszyscy już je znacie;)
1. Napisz, kto przyznał Ci nagrodę.
2. Napisz 7 makijażowych faktów o sobie.
3. Przekaż nagrodę 15 blogerom.

Chciałabym zgodnie z zasadami dobrego wychowania, jak i zabawowymi wymogami podziekować:
- Lemi 
Więc raz jeszcze: Dziewczyny, DZIĘKI!!!:*

Teraz zaś to, na co wszyscy czekacie;), czyli 7 kompromitujących (i nie tylko) faktów makijażowych o mnie:
1. Nie uznaję dziwacznego dla mnie podziału na makijaż wieczorowy i dzienny. Bardzo, ale to bardzo lubię mieć mocno pomalowane oczy i usta w ciągu dnia - a to dlatego, że lubię, gdy ludzie widzą, jak się pomalowałam;) 
2. Zdecydowanie wolę malować innych niż siebie.
3. Lubię pomalowanych mężczyzn - ale nie tych całych pseudo emo, a prawdziwych mężczyzn;) (jesli prawdziwym mężczyzną jest David Bowie).
4. Sama przed sobą udaję, że wolę błyszczyki od szminek... jednak po podliczeniu zbiorów zawsze okazuje się, że liczba szminek przeważa... (to chyba "wina" pigmentacji, którą niestety błyszczyki zwykle mają słabą).
5. Jestem uczulona na klej do sztucznych rzęs... przez co nie mogę nosić ich dłużej niż 2-3 minuty (tyle co do zdjęć). Co jednak nie przeszkadza mi w posiadaniu kilkunastu ich par;)
6. Coraz bardziej lubię polskie marki - z wiekiem mi to przyszło...
7. Po długich bitwach z samą sobą, zostałam największą fanką lakierów pękających! A to tylko i wyłącznie z powodu lenistwa, bo na manicure muszę być w nastroju;)

Ostatnią zasadę zabawy trochę złamię. Nie będę nominowała nikogo konkretnego - czujcie się zaproszone do zabawy, bo bardzo, ale to bardzo chciałabym przeczytać o Waszych trikach, słabościach, nałogach czy obawach związanych z make-upem:)
7

Mary Kay - Lotus & Bamboo, Loofah Body Cleanser

Loofah Body Cleanser to krem do mycia ciała z dodatkiem naturalnej gąbki loofah firmy Mary Kay (za 226 gram).
Produkt znajduje się w miękkiej, półprzezroczystej tubie ułatwiającej jego dozowanie. Sam krem jest dosyć gęsty i pięknie pachnie dojrzałym i soczystym bambusem, nie czuję tam lotosu prawie wcale, ale "zielony" zapach i tak jest bardzo uwodzicielski. Produkt łatwo się pieni, dając raczej rzadką i bardziej mleczną niż puchatą pianę. Bardzo dobrze oczyszcza ciało, przede wszystkim przez wzgląd na cząsteczki peelingujące i cząstki gąbki loofah. Cząstki nie są ostre, powiedziałabym raczej, że są dosyć delikatne, z tego powodu krem może być spokojnie używany codziennie. Jeśli jednak macie bardzo delikatną skórę, skłonną do zaczerwienień i podrażnień, to produkt ten świetnie będzie spełniał swoje zadanie jako scrub używany raz w tygodniu.
Krem na pewno nie wysuszy waszej skóry, a wręcz, powiedziałabym, że jest w stanie odrobinę ją nawilżyć, co z pewnością jest zasługą jego gęstej konsystencji. Skóra jest po nim gładka i delikatna, szczególnie jeśli używamy go konsekwentnie, każdego dnia.
Niestety jego piękny zapach nie utrzymuje się zbyt długo na skórze, znika mniej więcej po godzinie.
Lubicie codzienne pilingi do ciała? Używałyście już czegoś z dodatkiem naturalnej gąbki loofah?
Podzielcie się!
11

Kanu - Mgiełka do twarzy różana

Jakiś czas temu opisywałam mgiełkę do twarzy z witaminą E z The Body Shop, teraz będzie o innej mgiełce, o podobnych właściwościach, którą nabyć można w sklepie internetowym helfy.pl lub na stronie producenta.
Mgiełka do twarzy z różą (około 20 złotych za 100ml) marki Kanu, znajduje się w typowej plastikowej butelce z wygodnym spryskiwaczem, który rozpyla odpowiednią ilość płynu. Mgiełka ma przepiękny, różany zapach, od którego jestem ostatnio uzależniona, i przez który używam jej jak szalona kilkanaście razy w ciągu dnia, spryskując nią również szyje i kark.
Jakie ma działanie na naszą skórę?
Przede wszystkim natychmiastowo odświeża skórę, co jest odczuwalne w upalne i duszne dni, to jest taki drugi oddech dla zmęczonej skóry, która szybko odzyskuje blask i wygląda na świeżą i wypoczętą. Po drugie uspokaja ją, koi wszelkie drobne i większe irytacje czy zaczerwienienia, które zmniejszają się, a jeśli nie są zbyt duże znikają zupełnie. Po trzecie nieźle nawilża, co przyda się szczególnie osobom o ekstremalnie suchej skórze, które powinny mgiełkę potraktować jako akcję ratunkową między regularnym kremowaniem buzi.
Spokojnie można używać tej mgiełki jako toniku, zarówno najpierw spryskując twarz jak i spryskując nią tonik i przecierając. Używana w taki sposób ma również działanie oczyszczające i zbierze resztki makijażu.
Z tego też względu radziłabym uważać jeśli macie już podkład na buzi, mgiełka nie ma działania utrwalającego, a używana intensywnie może spowodować jego spłynięcie. W przeciwieństwie do mgiełki TBS nie da wam też tego połączenia pudru z podkładem.
Nadaje się natomiast świetnie jako część płynna do mieszania z glinkami, które działają jako maseczki wtedy, kiedy są wilgotne. Taka mieszanka zyska dzięki temu trochę właściwości nawilżających i tonizujących.
Jeśli więc szukacie czegoś do szybkiego odświeżenia i nawilżenia w ciągu dnia, to Mgiełka do twarzy z różą warta jest uwagi (ja kupiłabym ją chociażby ze względu na zapach!).
Używacie mgiełek? Czy też kochacie zapach róży?
Podzielcie się!
Back to Top Najlepsze Blogi