9

The Versatile Blogger

Jest mi niezmiernie miło, gdyż zostałam aż trzykrotnie otagowana (przez Agatę, Vexgirl i kobiece-wariacje) za co SERDECZNIE dziękuję:*

Oto zasady zabawy:
1. Podziękuj i napisz adres bloga, który wręczył Ci nagrodę.
2. Napisz siedem faktów o sobie.
3. Podaj siedem blogów na które najczęściej i najchętniej wchodzisz .
4. Powiadom te blogi o wygranej.

Tak więc 7 faktów o mnie;)
1. Kocham koty i to chyba szaleńczą miłością, bo gdybym tylko mogła, miałabym ich całe stado. Na razie jednak muszę się zadowolić towarzystwem jednego futrzaka - Filipa, zwanego Pippo.
2. Jestem kosmetyholiczką, przyznaję bez bicia.  Moje zapasy wystarczyłyby dla przynajmniej kilku osób, ale i tak uważam, że mam ich za mało. Szczególnie kocham żele pod prysznic, masła do ciała i pigmenty z MAC-a.
3. Uwielbiam smakową kawę - szczególnie ze Starbucksa ze wszystkimi dodatkami (jestem dzieckiem konsumpcji i nie jest mi wstyd z tego powodu). No i nie mam nigdy problemu z jej smakiem - po prostu WSZĘDZIE smakuje tak samo:)
4. Jak byłam "mała", byłam gotem. Teraz już mi to przeszło i mój gust muzyczno-odzieżowy mogę określić jako "eklektyczny".
5. W ciągu najbliższego półtora roku chciałabym zacząć studia w Londynie (London School of Art), więc trzymajcie za mnie kciuki - na razie kompletuje portfolio i wkuwam słówka.
6. Potrafiłabym wydać ostatnie pieniądze na kosmetyki i ubrania - zupki chińśkei na krotką metę podobno nie szkodzą;)
7. Mój blog to dzieło kolektywu - pomagają mi chłopak i przyjaciółka, za co im BARDZO dziękuję;)

Na koniec (ok, last but not least, ostatni będa pierwszymi itd.) lista blogów, na które najczęściej zaglądam (choc lista jest o wiele dłuższa):
4. Hexx
7. Maus

19

MAC - szminki, wybór kolorów i wykończeń

Dzisiaj chciałabym przedstawić Wam wybór wykończeń pomadek firmy MAC i zaprezentować wybór kolorów, które sama posiadam. Mam nadzieje, że choć trochę pomoże Wam to w wyborze przy ewentualnych zakupach. 
Robiąc dziś przegląd swoich pomadek, zauważyłam, że, sama nie lubiąc ciemnych kolorów, mam ich w kolekcji przeważająca liczbę. Pewnie jest to w dużej mierze związane z kompulsywnym zakupoholizmem;) do którego bez bicia się przyznaję. Na szczęście już za półtora miesiąca stan posiadania się lekko zmieni, bo MAC wprowadza kolekcję pasteli - Quite Cute. Wtedy też pewnie dodam nowe nabytki.
Ale wracając do głównego tematu - pomadek - to właśnie te z MAC-a są moimi ulubionymi. Nie ma bowiem koloru, jakiego nie mogłabym w ich salonie znaleźć (lub, w przypadku, gdy to kolor z gamy PRO, kupić za jakiś czas, gdy jakaś dobra dusza się nade mną zlituje i poratuje kartą;)). Tak więc mogę wybierać z całej gamy kolorystycznej - od szminek praktycznie białych do czarnej, w międzyczasie przeskakując przez kilkadziesiąt odcieni czerwieni czy różu. Nawet, wydawałoby się, nudny nude w MAC-u zyskuje nową barwę - odcieni jest kilkanaście. Ale nie same odcienie są tu decydującym argumentem za wydaniem prawie 80 złotych na pomadkę - MAC znany jest z różnych wykończeń szminek, które pozwalają nam sprawić, że usta za każdym razem wyglądają odmiennie, mimo tego, że szminka ma prawie identyczny odcień.
Kolejnym plusem tych pomadek jest ich trwałość - może nie taka jak w nowej formule Prolongwear, gdy pomadka "nie schodzi" przez 6-8 godzin - ale i tak bardzo duża, bo do 5-6 godzin bez jedzenia i picia, zaś około 2,5-3 z piciem i jedzeniem.
Szminki te lubię też ze względu na klasyczny wygląd opakowań, choć i tym z limitowanych kolekcji nie jestem się w stanie oprzeć:) No i uwielbiam ich waniliowy zapach. MACi to takie kolorowe ciasteczka, które zaostrzają apetyt na zabawę makijażem!

Pierwsze opisane wykończenie to AMPLIFIED, charakteryzujące się dużym kryciem, lśnieniem na ustach i kremową konsystencją. Tych szmienk mam zresztą najwięcej - chyab z powodu urzekajacych kolorów, na które trafiam.

Od lewej: Dark Deed, Dark Side, Ramblas Red, Heartless, Kanga Rouge, Impassioned, Full Fuchsia, Show Orchid, Violetta
Dark Deed - to szminka z kolekcji Venomous Villains, seria Maleficent (postać ze Śpiącej Królewny) - to kolor ciemnokrwisty z domieszka czerni i brązu. Kolor zdecydowany, mocny, doskonały na wieczór i pasujący do stylu lat 20.
Dark Side - szminka z kolekcji permanentnej, kolor czerwonego wina z domieszką czerni. Kolor "łatwiejszy" niż Dark Deed, ale i tak dla odważnych;)
Ramblas Red -  kolekcja Euristocrast, czysta czerwień złamana domieszka wina. Kojarzy się z Hiszpanią, jak sama nazwa wskazuje.
Heartless - kolekcja Venomous Villains, seria Cruella de Ville, czerwień z lekką nutą pomarańczu, która nie wybija się na pierwszy plan, kolor klasyczny, stonowany mimo wyrazistości.
Kanga Rouge - z kolekcji Dame Edna - zimna czerwień z domieszka błękitu (na zdjęciu słabo widoczne). Klasyka i ideał;)
Impassioned - żywy, ostry róż z domieszką czerwieni i pomarańczu, kolor PRO. Super kremowa i mocno kryjąca. Szminka idealna na lato.
Full Fuchsia - kolor fuksji. Dostępna w gamie PRO, kolor na lato, zdecydowanie mocny i napigmentowany. Kolor ciepły.
Show Orchid - fuksja złamana błękitem, kolor z gamy PRO, jeden z moich ulubionych róży.
Violetta - szminka urzekająca fioletem, odcień ciepławy, bez zbytniej domieszki inny barw. Kolor dostępny w gamie PRO.
Kolejne wykończenie to FROST - charakteryzujące się nadaniem ustom efektu zmrożenia, często szminki te mają mieniące drobinki, ale niezbyt nachalne.Szminki te są mocno kryjące, ale nie tak jak Amplified.
  
Od lewej - Hipster, Pomposity, Purple Rite, Strayin.


Hipster - kolekcja na jesień 2009, niedostępna w Polsce. Kolor jagodowy z domieszka burgundu. Kojarzy  się z karnawałem i świętami;)
Pomposity - ciemnomalinowy, opalizujący na niebiesko i fioletowo, kolor stricte dyskotekowy,a le  w dobrym znaczeniu tego słowa!
Purple Rite - kolekcja Style Warrior, róż z domieszką palonej lawendy, kolor zimny. W opakowaniu przepiękny, ale na mnie nie działa. Sama nie wiem, po co kupiłam;)
Strayin - kolekcja Hello Kitty - zimny róż, duże domieszki błękitu, kolor przepiękny. Kolor jak dla lalki.

DAZZLE LIPSTICK to szminki z dużą domieszką brokatu, lekko kryjące i nietrwałe, ale pomagające w kreowaniu pięknego makijażu ust. Podobna formułę miał kiedyś Dior.
Wham i Liquid Lurex
Wham - brązowa czerwień z domieszką złotego i rdzawego glitteru. Kolor doskonały na późne lato, wczesną jesień. 
Liquid Lurex - mój HIT! i must have! Szminka, której na początku nie zauważałam, okazałą się mistrzem świata! tylko szkoda, że pochodzi  z kolekcji limitowanej, a na aukcjach kosztuje 40$. Kolor żółty przełamany złotem i szarością, opalizuje na zielono! Ma domieszkę srebrnego i rdzawego mikrogliteru. Jeśli gdzieś znajdziecie, kupujcie!!! (Serio!)

Szminki Mattene - nie ma ich w sprzedaży ciągłej, często można je upolować z kolekcjami jesiennymi. Szminki matowe, mocno kryjące, mega napigmentowane. 
Kirsch i Rapturous 
Kirsch - idealna wiśnia, kolor ciemny, zdecydowanie jesienny. Z lekką domieszką gorzkiej czekolady. Idealny do makijazu na lata 20.
Rapturous - kolor jagód i wina, przyjemna, tajemnicza czerwień. Jedna z moich ulubienic;)

Wykończenie LUSTRE oferuje efekt podobny do błyszczyka - lekkie nadanie koloru ustom i nawilżenie. Świetne dla wielbicielek szminek, które nie lubią mieć na ustach niczego lepkiego i mocno kolorowego.
Lustrous Mauve i Hug Me!
Lustrous Mauve - połączenie różu, lawendy i szarości. Kolor intrygujący i oryginalny, piękny, ale jednak nadający ustom lekko "trupi" wygląd. I tak polecam wielbicielkom oryginalnych pomadek.
Hug Me! - beżowo-różowo-herbaciany nudas , na zdjęciu wygląda mocno, ale  w rzeczywistości pasuje do lekko każdego bladziocha! Nie jest to typowy nude kolor, gdyż jednak nadaje lekki odcień różu.

Wykończenie SATIN przypomina mat, ale lekko jednak połyskuje. Szminki satynowe są według mnie eleganckie. Minusem jest mały wybór jasnych kolorów.
Film Noir i Cyber

Film Noir to szminka koloru brązowo-burgundowego, z lekkimi refleksami krwistej czerwieni. Kolor godny wampa (lub wampira)!
Cyber - ciemnofioletowa purpura. Moja pierwsza szminka z MAC-a. Kolor gotycki, dla wielbicielek Castle Party;) 

MATTE to krycie mocne, matowe. Szminki najbardziej klasyczne, ale niestety tez najbardziej wysuszające usta. Nie można mieć przy nich odstających skórek, bo ich "nie wybaczają". 
 Russian Red

Russian Red to hit MACa! Jeden z najbardziej klasycznych, pasujących wszystkim niemalże kolorów. Czerwień idealna. Ta szminka jest kultowa i ma swoje sławne wyznawczynie;), między innymi Madonnę czy Ditę von Teese.

Przy nowych nabytkach na pewno podzielę się wrażeniami.
Czy Wy też używacie pomadek tej firmy?  A jeśli nie, to jakich? No i jakie polecacie?:)

11

The Body Shop - peeling oliwkowy

Peeling oliwkowy (66 zł za 200ml) to jeden z moich faworytów, jeśli chodzi o markę The Body Shop. Wcześniej używałam peelingów tej firmy o zdecydowanie rzadszej konsystencji (malina i papaja), które nie spełniły moich oczekiwań. Były zbyt wodniste, zaś ilość produktu, jaką trzeba było użyć do wykonania peelingu całego ciała, powodowała, że zabawa z tymi kosmetykami była dość kosztowna. Tych minusów nie rekompensowały nawet boskie wrażenia zapachowe - szczególnie malinowy peeling przypominał mi w zapachu konfiturę.
Tak więc do peelingu oliwkowego podeszłam z rezerwą, ale już pierwsze użycie kazało mi zmienić zdanie na temat przynajmniej tego peelingu z TBS. Charakteryzuje się on kremową konsystencją, bardziej przypomina krem z mocno ścierającymi drobinkami, niż klasyczny peeling (przyzwyczajona jestem bowiem do bardziej wodnistej konsystencji tychże). Produkt w zetknięciu ze skórą lekko się pieni, pozostawia delikatny film na skórze - dzięki temu wydaje mi się, że drobinki ścierające są mniej inwazyjne. Jednak, mimo tej delikatności, ściera martwy naskórek bardzo mocno. To jeden z najmocniej działających peelingów, na jakie do tej pory trafiłam. Jest to spowodowane zastosowaniem w produkcie zmielonych pestek oliwnych. 
Peeling ten przeznaczony jest do skóry normalnej i suchej, a to dzięki obecności w nim oliwy z oliwek. Musze przyznać, że i do tego aspektu podeszłam sceptycznie - ciężko było mi uwierzyć, ze peeling będzie nawilżać i nie zaszkodzi skórze suchej. I tu, znów, mile się rozczarowałam - jeśli wasza skóra jest normalna lub tylko lekko sucha nie widzę potrzeby używania balsamu po użyciu tego specyfiku, bowiem sam w sobie doskonale nawilża.
Pudełko, w którym można kupić peeling, to tradycyjne, znane wszystkim opakowanie TBS - prosty, przezroczysty pojemniczek z wygodną nakrętką. Łatwo nabierać z niego odpowiednią ilość kosmetyku (no i zawsze można z powrotem włożyć niewykorzystany peeling, jeśli się go za dużo nabrało). 
Produkt pachnie naturalnie, oliwkowo - mnie ten zapach się podoba, ale  jestem przekonana, że niektórych może zniechęcić do produktu. No i pierwsze wrażenie, patrząc na peeling w pudełku, to guacamole.
Wydaje mi się, że produkt ten ma same plusy i nawet dość wysoka cena (66 złotych za 200 ml) w porównaniu z jakością i dużą wydajnością nie jest tak straszna. Myślę, że przy używaniu 2-3 razy w tygodniu, przy niezbyt oszczędnej aplikacji, wystarczy na około 3 miesiące. To zdecydowanie długo, ale to zależy od osobistych upodobań. 

Oceny:
Pierwsze wrażenie 5/5
Jakość  18/20
Opakowanie 10/10
Cena 8/10
Średnia 6/6
10

Sephora - olejek do kąpieli z brokatem


Olejek do kąpieli z brokatem (27 zł za 250 ml) to produkt z Sephory, na który od dawna polowałam. Wcześniej jednak cena tego specyfiku była zbyt wygórowana (54 złote), czekałam więc na przeceny. W styczniu i lutym (a pewnie do wyczerpania zapasów) olejki ze świątecznej kolekcji Sephory są w cenie o połowę obniżonej, tym bardziej bardziej odpowiedniej dla takiej pierdółki.
Sam produkt zauroczył mnie właśnie brokatem - była też wersja złota - bo już wcześniej czaiłam się na brokatowe bubble bary z LUSHa (ale jak wiadomo, LUSH ma teraz problemy ze stroną i wolę nie bawić się w zamówienia telefoniczne). Chciałam wersją złotą, ale ta nie była zapachowa - natomiast srebrna pachnie białymi pralinami. To przeważyło o wyborze i nie żałuję swojej decyzji. Gdyby nie inne wydatki, zdecydowałabym się też na zakup drugiej wersji (może uda się w marcu?).
Jak już wspominałam, produkt pachnie pralinami, co wprawia mnie w doskonały humor podczas kąpieli. Ilość, jaką trzeba wlać do wanny zależy tylko i wyłącznie od upodobań - ja lubię, jak olejku jest dużo, mój chłopak twierdzi zaś, że wtedy kąpiel bardziej przypomina rosół. Cóż, mój olejek, moje kąpiele, moja sprawa. Tak więc ja go nie żałuję - tłumaczę to też tym, że w końcu zaoszczędziłam na produkcie 50% ceny początkowej. Olejek pachnie dość intensywnie i słodko, brokat nie jest nachalny, jest drobno zmielony, nie przeszkadza w kąpieli, nie drapie. Delikatnie osiada na skórze - nie przypomina w żaden sposób efektów z dyskoteki. Równie zna ciele zapach utrzymuje sie dość długo (do 6-7 godzin), co jest pozytywnym zaskoczeniem.
Buteleczka ma kształt kuli, co kojarzy mi się z kulami świątecznymi czy okolicznościowymi, które jako mała dziewczynka zawsze chciałam zbierać. Srebrny brokat przypomina śnieg, a po wstrząśnięciu buteleczką produkt już nie może kojarzyć się z niczym innym niż wspomnianymi kulkami. Jeśli jeszcze zdążycie, kupcie ten produkt - jeśli nie dla Was samych, to na prezent, bo na pewno wśród Waszych bliskich znajda się fanki nieprzydatnych (tak, napisałam to i przyznałam się przed samą sobą), ale za to uroczych produktów, które mogą je przenieść w krainę dzieciństwa.

Oceny:
Pierwsze wrażenie 4/5
Jakość  15/20
Opakowanie 6/10
Cena 6/10
Średnia 4+/6
7

The Different Company - Bois d'Iris

Bois d'Iris (ok.500 zł za 90 ml) to mój faworyt w ostatnim czasie. Jestem fanką zapachów słodkich, ciepłych i oryginalnych, skąd moje natychmiastowe oczarowanie tą kompozycją. Po wizycie w Galilu długo odchorowywałam to, że nie mogłam sobie go od razu kupić. Ale nie ma tego złego... okazało się, ze w pobliskim Douglasie właśnie wyprzedawali zapasy zapachów The Different Company (to nieomal graniczyło z kosmetycznym cudem). Stałam się więc posiadaczką 90 mililitrów irysowego bóstwa za... 176 złotych, czyli praktycznie 1/3 ceny z Galilu! Sama nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście! Ale dość o tym, jaka jestem szczęściarą, czas na zapach.
Bois d'Iris to jeden z najwytworniejszych zapachów, jakie poznałam. Kojarzy mi się z wiosną nad górskim jeziorem, czystością, a jednocześnie kwiatowym ciepłem. Jest jak kwietniowe popołudnie. Od razu wyczuwam w nim kwiaty - właśnie irysy oraz drzewo cedrowe i mech. Później jeszcze mocniej pachnie lasem, stając się tajemniczym i głębokim, nawet aksamitnym. Ten zapach mnie otula, zaś jego trwałość jest bardzo dobra (zapach trwa na skórze około 10-12 godzin). W trakcie dnia staje się bardziej ulotny - pod koniec niemal niewyczuwalny dla mnie, jednak podobny bardzo dobrze dla innych.
To zapach za który zbieram same komplementy i polecam wszystkim fanom kwiatowości w perfumach. Jedynym minusem jest cena - polecam więc wcześniejsze sprawdzenie okolicznych perfumerii i aukcji internetowych, bo może uda się Irysa taniej upolować.


Oceny:
Pierwsze wrażenie 5/5
Jakość  16/20
Opakowanie 9/10
Cena 2/10
Średnia 4+/6
11

Ziaja BLOKER, Antyperspirant

Ziaja BLOKER (ok.6 zł za 60 ml) to moje odkrycie roku 2010 (przynajmniej w kategorii antyperspirantów). Jest to równie dobry, a zdecydowanie mniej podrażniający i, co ważne, znacznie tańszy odpowiednik na przykład osławionego Etiaxilu. Jednak w przeciwieństwie do innych blokerów (wspomniany Etiaxil czy Antidral) Ziaja nie spaliła mi skóry pod pachami. To już czyni go cudotwórcą w kwestii delikatności. Ale mimo tego, że to mnie zachwyciło, czekałam na efekty. A te bezsprzecznie były i są - zgodnie z obietnicami producenta antyperspirant po początkowym używaniu z dużą częstotliwością, zadziałał i teraz muszę powtarzać aplikację tylko raz w tygodniu. Również opakowanie jest niezwykle wygodne - zwykły roll on bez udziwnień, a do tego o mega, jak na bloker, pojemności 60 mililitrów. Dla niedowiarków napiszę, że moje życie nie ogranicza się do funkcji dekoracyjnych w stylu "leżę i pachnę", a Ziaja działa, czy to w pracy, czy na fitnessie lub siłowni. Po prostu to bardzo dobry, tani, polski produkt, którego pewnie długo na nic nie zamienię, bo wątpię, bym znalazła w tej kategorii lepszy. No i plusem jest to, że nic nie wpływa na zmianę zapachu perfum na mojej skórze!

Oceny:
Pierwsze wrażenie 5/5
Jakość  19/20
Opakowanie 10/10
Cena 10/10
Średnia 6/6 

3

L'Occitane - pielęgnacja włosów suchych i zniszczonych - szampon i maska

Szampon (60zł za 300ml) i maska (100zł za 250 ml) do włosów suchych i zniszczonych firmy L'Occitane zawiodły moje oczekiwania całkowicie. Szczególnie, że w sklepie zostałam zapewniona, że te produkty będą idealne dla moich włosów. Wiem, że nie powinnam była sugerować się tą opinią, ale konsultantki w L'Occitane wcześniej zawsze dobrze mi doradzały. Tym razem jednak nie udało się i na długo zniechęcę się do tej marki. Według zapewnień maska miała odżywić moje włosy, wygładzić je, pomóc w ich ujarzmieniu. Jeśli by się to udało, przełknęłabym nawet nieznośny zapach jakby zgniłego zielska. Ale nie, maska jeszcze bardziej je obciążyła, sprawiła, że stały się bardziej suche i szybciej się przetłuszczają, podobnie jak szampon, a nieznośny zapach skutecznie zniechęcił mnie do kolejnych prób użycia. Nie dość tego, włosy zaczęły się też łamać i wypadać, co wcześniej nigdy mi się nie zdarzało. Może środek jest dla mnie za mocny,a le byłam poinformowana, że są to kosmetyki delikatne.
Tak więc nie polecam ani szamponu, ani odżywki do włosów zniszczonych i suchych z dodatkiem 5 olejków eterycznych (dzięgiel, lawenda, geranium, paczula, ylang-ylang), które bardziej śmierdzą niż pachną.
Nie przekona mnie już nawet zapewnienie producenta, iż produkty te wolne są od sztucznych składników: "Produkt wolny od parabenów, syntetycznych barwników, aldehydu mrówkowego i jego roztworów, składników pochodzenia zwierzęcego, triklosanu, SLES, BHA". Na razie podziękuję marce L'Occitane i będę do nich zaglądać tylko po masło shea.

 Szampon
 Maska

Oceny odnoszą się zarówno do szamponu, jak i maski.
Oceny:
Pierwsze wrażenie 4/5
Jakość  4/20
Opakowanie 7/10
Cena 3/10
Średnia 2/6
7

The Body Shop: Tea Tree oil (15%)

Tea Tree Oil (19zł za 10 ml) to produkt do zadań specjalnych - walczy z niedoskonałościami cery w tempie ekspresowym. Działą na zaskórniki i wszelkiego rodzaju wypryski. A u mnie dodatkowo jeszcze posłużył jako uśmierzacz bólu dziąsła, kiedy nie miałam możliwości wzięcia tabletki;) Co mnie zdziwiło, olejek pomógł dość szybko. Ale to zastosowanie ekstremalne. 
Tea Tree doskonale jednak sprawdza się w sytuacjach, kiedy wyskoczy mi niechciany pryszcz (najlepiej, by było to wieczorem, wtedy rano nie ma prawie po nim śladu). Kiedy byłam przeziębiona, wlałam też kilka kropel do kominka do aromaterapii i pomogło - odetkały mis ie zatoki, łatwiej było oddychać. Minusem, może tylko dla mnie, jest zapach, który sprawia, że robię się głodna. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale naprawdę chce mi się jeść, kiedy go poczuję. Więc ten minus jest całkiem subiektywny, bo myślę, że mało kto będzie miał takie przeżycia z Tea Tree jak ja;)
Plus to na pewno wydajność i cena - buteleczkę mam od 2 miesięcy i bardzo często stosuję, czy to na zmiany skórne czy po prostu w ramach aromaterapii, a myślę, ze zostało jeszcze około 2 mililitrów. W korelacji z ceną to dla mnie hit. I już nie dziwi mnie zachowanie Azjatki, która przede mną kupiła chyba 10 buteleczek - to panaceum na (prawie) wszystkie bolączki:)

Oceny:
Pierwsze wrażenie 4/5
Jakość  17/20
Opakowanie 8/10
Cena 8/10
Średnia 5+/6 
Składniki:
Water, Alcohol Denat., PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Polysorbate 20, Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Limonene, t-Butyl Alcohol, Calophyllum Inophyllum Seed Oil, Citral, Leptospermum Petersonii (Lemon Tea Tree) Oil, Denatonium Benzoate, Tocopherol
8

Yankee Candle - wybór zapachów

Samplery Yankee Candle (ok. 9,50 zł za świeczkę) to jeden z gorszych zakupów, jakich ostatnio dokonałam. Świece są dobrej jakości, palą się dość długo jak na swoją małą wielkość (około 9-12 h), ale jednak ich cena nie jest adekwatna do jakości. Skusiła mnie mnogość zapachów oferowanych przez producenta i tu właśnie tkwi mój błąd. W okresie przedświątecznym kupiłam bowiem zapachy kojarzące się z Bożym Narodzeniem, na przykład Eggnog czy Mulling Spices, a te okazały się totalnym nieporozumieniem. Eggnog pachniał jak zepsuty ser, a Mullins Spices w ogóle nie było czuć. Pozytywnie zaskoczyły mnie za to zapachy jesienne - Autumn Fruit oraz "jedzeniowy" Blueberry Scone. To one stały się moimi ulubieńcami i gdybym skusiła się jeszcze na świece Yankee, to te zapachy kupiłabym w większej pojemności.
Jak już wspomniałam, cena jest nieadekwatna do jakości, ale to może wina tego, że kupiłam je w Polsce, kiedy w Stanach Zjednoczonych cena samplera to 2 dolary. Gdyby były tańsze o te 3 złote, to mogłabym je Wam śmiało polecić, jednak teraz mam opory, bo za około 10 złotych można kupić większe i mocniej pachnące świece AirWick czy Brise albo też zainwestować w kominek i olejki eteryczne, jak, po rozczarowaniu Yankke'sami, sama zrobiłam.

Oceny:
Pierwsze wrażenie 4/5
Jakość  9/20
Opakowanie 8/10
Cena 5/10
Średnia 3/6
10

The Body Shop: EARTH LOVERS - żel pod prysznic, arbuz i eukaliptus

Seria EARTH LOVERS to nowość w ofercie marki The Body Shop. To  też pierwsze na rynku polskim całkowicie przyjazne środowisku żele pod prysznic. Chyba właśnie ich ekologiczność, jak i zapachy, skłoniły mnie do zakupu. Sama nabyłam wersję arbuz i eukaliptus (22 złote za 250 ml), ale w kolekcji są jeszcze dostępne takie zapachy jak:
- mięta i ogórek,
- cytryna i tymianek,
- figa i rozmaryn,
- gruszka i trawa cytrynowa
oraz wersja bezzapachowa, która jednak ze wszystkich najmniej przypadła mi do gustu. Mimo ze kupiłam tylko arbuza z eukaliptusem, to z chęcią za jakiś czas skuszę się na figę i rozmaryn oraz gruszkę i trawę cytrynową. 
Wracając jednak do ekologiczności, to dowiedziałam się, że produkt jest w 100% biodegradowalny, a w jego skład wchodzą, jak zwykle w TBS zresztą, produkty uzyskiwane w ramach Wspólnoty Uczciwego Handlu. Także opakowanie jest wyprodukowane z recyklingowanego plastiku - szkoda, że TBS nie ma takich akcji jak na przykład MAC (Back2MAC) czy LUSH - wtedy pewnie zbierałabym puste opakowania po ich produktach jeszcze chętniej (teraz robię to po prostu, by je segregować i wyrzucać do odpowiedniego pojemnika).
Sam żel jest dość wodnisty, ale nałożony na gąbkę dobrze się pieni i jego mała ilość wystarcza do dokładnego umycia całego ciała. Mimo dość wysokiej ceny, opłaca się go więc kupić, bo moim zdaniem starczy na długo. Zapach arbuza kojarzy mis ie z latem i też chyba z tego powodu się na niego zdecydowałam, nie czuję jednak eukaliptusa. To jednak nie jest żaden minus, bo arbuzowy aromat tak przypadł mi do gustu, że pewnie długo nie będę mogła się z nim rozstać, tak bardzo poprawia mi nastrój w zimowe poranki. Razem z Satsumą, też z TBS, to mój faworyt na zimową chandrę.

Oceny:
Pierwsze wrażenie 4/5
Jakość  18/20
Opakowanie 8/10
Cena 7/10
 
Średnia 5/6

Skład:
Aqua, Sodium Lauroyl Methyl Isethionate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Glycerin, Parfum, Sodium Benzoate, Citrit Acid, Linalool, Butylene Glycol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Eukaliptus Globulus Leaf Extraxt, Sodium Hydroxide, Citrullus Lanatus Friut Extraxt
Back to Top Najlepsze Blogi