22

Inglot - kolejne nowości

Tej wiosny Inglot rozpieszcza nas, swoje klientki, wprowadzaniem nowych odcieni znanych i lubianych produktów - lakierów do paznokci, cieni do powiek w systemie Freedom System czy tuszy do rzęs.
Teraz do gamy produktów dołączają 3 nowe kolekcje:
róże do policzków FREEDOM SYSTEM
lakiery do paznokci w nowych odcieniach od 351 do 362
błyszczyki Sleeks Cream
Kolorystyka nowości utrzymana jest w odcieniach różu i czerwieni. Mnie najbardziej spodobały się nowe odcienie róży do policzków!
A Wy macie swoje typy?
Podzielcie się!
13

Dr Irena Eris - SPA Resort Face Hawaii - polinezyjska maska ściągająco - detoksykująca

Pod niezwykle długą nazwą SPA Resort Face Hawaii - polinezyjska maska ściągająco - detoksykująca (około 100 złotych za 50 mililitrów) kryje się kosmetyczne cudo od Dr Ireny Eris. Myślałam, że po maseczce owsianej z miodem z The Body Shop nie znajdę lepszej dla swoje skóry maski, ale... objawił mi się kosmetyczny święty Graal pod postacią maski z serii SPA Resort Face! A gdy dowiedziałam się, że i magazyn In Style docenił ten produkt, byłam pewna, że pomyłki w mojej ocenie nie ma:)
Jest to produkt z kategorii ekskluzywnych - na co wskazuje przy pierwszym kontakcie cena, a przy kolejnym, już w domu, jakość. Począwszy od opakowania, które jest bardzo dobrze wymyślone pod względem użyteczności i od strony graficznej. Pod folią kryje się nadrukowany kartonik, w którym to znajduje się kolejne opakowanie - już tylko białe, kryjące w sobie słoiczek z kosmetykiem (powiecie, że to mało ekologiczne rozwiązanie, ale przecież od czego recykling?).
Sam słoiczek jest niezwykle prosty i elegancji, wykonany z plastiku, przez co lekki, a jednak sprawiający wrażenie solidnego (i będący takim w rzeczywistości). Wpasowuje się on w linię produktową SPA od Dr Ireny Eris, a seria Hawaii zaznaczona jest oddzielnym kolorem czcionki (seria Hawaii jest pomarańczowa, Capri błękitna). Jedyny mankament to lustrzana powierzchnia nakrętki, która niezwykle łatwo wybrudzić.
Pisząc peany na cześć polinezyjskiej maski ściągająco - detoksykującej nie sposób nie wspomnieć o małym dysonansie poznawczym - mianowicie jak Polinezja ma się do Hawajów (nigdy nie byłam dobra z geografii, ale jednak trochę pojęcia o niej mam i to mi nie gra...)? W końcu stwierdziłam, że może chodzi o wykorzystanie w kosmetykach glinki wulkanicznej, która spotykana jest na obu obszarach wyspiarskich. Ale to tylko moje czepialstwo i chęć zdobycia wiedzy na temat nie całkiem kosmetyczny.
Wracając do meritum - opakowanie posiada też przykrywkę, by maska nie wysychała. Dzięki temu po każdej aplikacji mamy pewność, że produkt zastaniemy po zamknięciu w stanie idealnym. Sama od półtora miesiąca używam tego kosmetyku i mimo dodatku glinki nie zasechł.
Maska, czyli gwiazda tej recenzji, przepięknie pachnie - kwiatami, lekko morzem i ma konsystencję kremowej papki. Nie jest ani zbyt rzadka, ani za gęsta, dzięki czemu łatwo nakłada się na twarz. Nie ma problemów z jej roztarciem na skórze - działa podobnie jak krem. Na twarzy, już przy cienkiej warstwie, zasycha, tworząc skorupkę. Po 5 - 10 minutach kosmetyk należy zmyć - sugerowane jest użycie nasączonego wacika, ja jednak upraszczam to, zmywając się wodą.
Efekt po użyciu jest natychmiastowy - nawet moja bardzo sucha skóra staje się dobrze nawilżona (stan te utrzymuje się do kilku dni, oczywiście przy stosowaniu kremów), napięta, jaśniejsza i, co niezwykle istotne, ma zdecydowanie zmniejszone pory. Po 6 tygodniowym stosowaniu mogę śmiało stwierdzić, że pory są zdecydowanie mniejsze, zasklepione i nawet przy niesprzyjających teraz warunkach pogodowych nie powiększają się! Maska zdaje więc egzamin nie tylko w sytuacjach, gdy potrzebujemy efektu natychmiastowego, ale i poprawia kondycje skóry w czasie przerw między aplikacjami! 
Drobinki kakaowca dobrze ścierają martwy naskórek, więc można stosować polinezyjska maskę również jako peeling.
Dla mnie to kosmetyk o działaniu nie tylko ekspresowym, ale i długoterminowym, co jeszcze bardziej przekonuje mnie do niego! I nawet cena, patrząc an efekty, jest rozsądna!
Polecam ten kosmetyk z czystym sumieniem WSZYSTKIM! Posiadaczkom cechy suchej, normalnej, mieszanej i tłustej, w każdym wieku. No i wszystkim miłośniczkom luksusowych SPA zabiegów, bo dzięki tej masce możemy poczuć się jak w salonie SPA albo na egzotycznych wakacjach, nie wychodząc z domu.
Znacie serię SPA Resort od Dr Ireny Eris? A może też wielbicie recenzowaną maskę?
Podzielcie się!
10

Bobbi Brown - błyszczyk High Shimmer Lip Gloss

Błyszczyk od Bobbi Brown z serii High Shimmer Lip Gloss (około 100 złotych za 7 mililitrów) w odcieniu Pink Sequin to ostatnio jeden z moich kosmetycznych ulubieńców!
Opakowanie to klasyczne, przezroczyste  pudełeczko o kwadratowym przekroju zakończone aplikatorem z czarną rączką. Sam aplikator ma formę gąbeczki, która dobrze przenosi produkt z opakowania na usta, a przy tym jest dość miękka.
High Shimmer Lip Gloss to błyszczyk mrożący uśmiech na ustach - i to dosłownie mrożący, bo mający w składzie miętę pieprzową. Składnik ten doskonale chłodzi usta, powodując lekkie mrowienie, co wielu z Was może się nie spodobać. Jednak na takie upały jak te panujące obecnie, jeszcze jeden "orzeźwiacz", tym razem kosmetyczny, ten błyszczyk jest doskonały! High Shimmer Lip Gloss zapewnia uczucie odświeżenia i sprawia, ze usta wydają się pełniejsze, ale moim zdaniem większa w tym zasługa opalizujących drobin niż mięty.
Dużym plusem jest miętowy zapach, który mnie się kojarzy z miętową gumą do żucia!
Odcień, który posiadam, to Pink Sequin (pisała o nim krzykla), czyli według producenta opalizujący na złoto róż. Dla mnie oprócz złota, Pink Sequin ma też refleksy różu, fioletu i srebra, ale te widoczne są dopiero w pełnym słońcu.
Bobbi Brown - błyszczyk High Shimmer Lip Gloss, Pink Sequin (cień)
Bobbi Brown - błyszczyk High Shimmer Lip Gloss, Pink Sequin (światło lampy)
Kolor jest po prostu przepiękny, a sam błyszczyk warty uwagi z powodu trwałości - na ustach wytrzymuje około 2 godzin, co jest sukcesem, zważywszy na fakt smaku:) Drobiny brokatu równo schodzą z ust, nie "ozdabiając" konturów czy całej twarzy po zniknięciu błyszczyka.
Jeśli więc lubicie uczucie chłodu na ustach albo gustujecie w brokatowych wykończeniach błyszczyków, to myślę, że Pink Sequin lub inny kolor z bogatej gamy High Shimmer Lip Gloss bedzie dla Was odpowiedni.
Znacie te błyszczyki? A może możecie polecić inne kosmetyki "orzeźwiające" usta?
Podzielcie się!
15

My Secret - Paradise Lagoon - kredki do oczu Satin Touch Kohl

Kolekcja Paradise Lagoon od My Secret to jak już pewnie wiecie wiosenno-letnia propozycja tej marki. Tym razem pokażę Wam obie kredki (każda z nich kosztuje 7,49 złotego) do oczu ze znanej serii Satin Touch Kohl.
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine
Sunshine to piękny odcień słonecznej, złotej żółci - iście wakacyjny, imprezowy kolor!
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine
Porównam ją do innej kredki z tej serii - odcienia 15, czyli Lemon:
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine (u góry), 15 - Lemon (na dole)
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine (z lewej), 15 - Lemon (z prawej)
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine (z lewej), 15 - Lemon (z prawej) - lampa błyskowa
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine (z lewej), 15 - Lemon (z prawej) - cień
Jak widać Lemon jest bardziej ciepłym odcieniem żółci (jeśli to jest możliwe), Sunshine wpada zaś w odcień białego złota. Obie kredki są idealne do wykonywania radosnych, wiosennych i letnich makijaży!
Kolejnym odcieniem, który znalazł się w kolekcji Paradise Lagoon, jest numer 18, czyli Turquoise:
My Secret, Satin Touch Kohl, 18 - Turquoise
My Secret, Satin Touch Kohl, 18 - Turquoise
Kolor ten jest właśnie idealnie morskim turkusem - jak morska woda w jakimś egzotycznym zakątku świata!
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine, 18 - Turquoise

My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine, 18 - Turquoise - lampa błyskowa
My Secret, Satin Touch Kohl, 17 - Sunshine, 18 - Turquoise - cień
Dwa proponowane w kolekcji odcienie kredek to idealne połączenie słonecznych promieni (albo złotego piasku plaży) i morskich fal. Mimo kontrastu, są to kolory spójne, wpasowujące się w filozofię zestawień na lato.
Same kredki Satin Touch Kohl od My Secret bardzo polubiłam - uważam, że ich jakość jest wysoka, a wybór kolorystyczny niezwykle bogaty. Na powiece, mimo odbijania lekkiego w trakcie nakładania, trzymają się cały dzień.
A Wy znacie kredki Satin Touch Kohl od My Secret? Co myślicie o limitowanych odcieniach na tegoroczne wiosnę i lato?
Podzielcie się!
22

Konkurs majówkowy

Już dzisiaj zaczyna się najdłuższy weekend roku (no, może jeszcze zaliczę do takich okresów nicnierobienia okres między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem) i z tej okazji razem z marką Adidas przygotowałam konkurs, w którym do wygrania są 3 zapachy Natural Vitality!
Tak więc przed trzema z Was stoi możliwość wygrania wiosennych wód toaletowych!
Co trzeba zrobić?
Wystarczy być obserwatorem publicznym bloga Barwy Wojenne oraz napisać w komentarzu, jak spędziłybyście Waszą wymarzoną majówkę.
Zaczynamy teraz, a kończymy zabawę 6 maja z wybiciem północy. Wyniki następnego dnia, czyli w poniedziałek 7 (by przynajmniej trzem z Was osłodzić zakończenie słodkiego lenistwa).
25

My Secret - Paradise Lagoon - palety cieni do powiek

My Secret, Paradise Lagoon, u góry Flower Fantasy, na dole Blue Ocean 
Propozycja My Secret na wiosnę i lato 2012, czyli kolekcja Paradise Lagoon bardzo, ale to bardzo przypadła mi do gustu - najbardziej chciałam wypróbować palety cieni z tej kolekcji - oto więc i one.
Każda z palet zawiera po 5 cieni, połączonych w dobrane kolorystycznie zestawy o wadze 9 gramów (koszt jednej to 15,99 złotego). Na pierwszy rzut oka ciężko wybrać, która z nich jest lepsza, ale w moim przypadku wygrywa jednak druga z propozycji, czyli Blue Ocean.
Jednak najpierw zapoznam Was z Flower Fantasy (by być przewrotną, ale też opisywać kolekcje zgodnie  z jej numeracją).
My Secret, Fantasy Flower (w cieniu)
My Secret, Fantasy Flower (flesz)
My Secret, Fantasy Flower (w cieniu)
My Secret, Fantasy Flower (flesz)
Kolory znajdujące się w palecie Fantasy Flower to (od lewej):
- biały opalizujący na różowo - perłowy;
- słonecznikowa żółć o satynowym wykończeniu;
- herbaciana róża - cień matowy;
- cukierkowy róż  - cień matowy;
- śliwka o satynowym wykończeniu.
Z kolei Blue Ocean wygląda tak:
My Secret, Blue Ocean (w cieniu)
My Secret, Blue Ocean (flesz)
My Secret, Blue Ocean (w cieniu)
My Secret, Blue Ocean (flesz)
W tej palecie kolory określiłabym nastepujaco:
- piaskowa biel o satynowym wykończeniu;
- zielonkawo-żółte stare złoto;
- groszek - mat;
- turkus o satynowym wykończeniu;
- indygo o satynowym wykończeniu.
Kolory w Blue Ocean zdecydowanie lepiej współpracują ze sobą, a i połączenie kolorystyczne bardziej do mnie przemawia. Choć i Fantasy Flower na pewno będzie mi wiernie służyło w tworzeniu bardziej wiosennych, lekkich makijaży. Blue Ocean zaś zostawię na cieplejsze dni:)
Lubicie cienie My Secret? Polujecie na coś z kolekcji Paradise Lagoon?
Podzielcie się!
3

MAC - pigment Marine Ultra

Wiem, wiem - kolekcja Wonder Woman od MACa to już historia (marzec 2011), ale ja dopiero dorwałam w swoje łapki pigment Marine Ultra (za - uwaga - złotych polskich 20 i to oryginalny!). Poza tym można go dostać w salonach PRO, więc gdyby jednak komuś tak bardzo podpasował jak mnie, to zawsze może jechać do Berlina lub Londynu;) albo też, jak ja, polować na aukcjach.
Marine Ultra to matowy chaber, który potem lekko ciemnieje, stając się głębokim, lekko przydymionym błękitem z domieszką granatu.

A tak się to morskie cudo prezentuje na swatchach:
MAC, Marine Ultra (światło lampy)
MAC, Marine Ultra (cień)
Wiem, że nie jest to odcień z gamy podstawowych w kosmetyczce, ale.... ja się w nim już dawno zakochałam i teraz spełniłam swoje marzenie o posiadaniu go. Na pewno przyda się do tworzenia marynistycznych makijaży na lato.
A Wam jak się podoba? 
Podzielcie się!
21

Bobbi Brown - róż Pale Pink

Pale Pink (około 110 złotych za 3,7 grama) od Bobbi Brown to róż którego nazwa przeczy z lekka wyglądowi. Bo dla mnie ten róż jest bardziej bright niż pale. No ale może się mylę;)
Dla mnie to bardziej róż laki Barbie niż jasny róż. Ale tym bardziej jestem na duże tak dla tego odcienia, bo czegoś takiego szukałam (miałam odcienie bardziej jaskrawe, w odcieniu azalii, ale takiego różu nie dorwałam nigdy).
Produkt zamknięty jest w klasycznym dla Bobbi Brown po zmianie opakowań pudełeczku, czyli czarnym, otwieranym do góry kwadratowym opakowaniu z nazwą marki na szybce. Róż nie ma dołączonego lusterka ani pędzelka, co nie jest najmniejszym minusem, a pozwala zmniejszyć wagę. Poza tym produkty do makijażu bez załączonych akcesoriów są moim zdaniem bardziej profesjonalne (wyobraźcie sobie wizażystę z kuferkiem cieni i róży, z których każdy miałby lusterko i pędzelek...).
Ale wracając do Pale Pink, czyli naszego jasnego (jaskrawego) różowego - wystarczy pociągnięcie pędzla po produkcie, by nabrać wystarczającą do wykonania lekkiego makijażu ilość różu. Niemal cały kolor z pędzla trafia na skórę, dzięki czemu możemy dawkować ilość koloru bez obaw o przesadzenie z nim. Co ważne, mimo tak jaskrawej barwy, Pale Pink na skórze, nawet tej bardzo jasnej wygląda bardzo naturalnie i nie stanowi zagrożenia. Nie ma w nim nic, absolutnie nic kiczowatego, czego pewnie niektóre z Was mogą się obawiać.
Bez poprawek na twarzy wytrzymuje do 6-7 godzin, ale należy uważać, róż ten lubi znikać po przetarciu ręką po policzku. Z tego tez powodu warto mieć go przy sobie, by w razie potrzeby poprawić makijaż.
Bobbi Brown, Pale Pink (światło lampy)
Bobbi Brown, Pale Pink (cień)
Kolor, który widzicie na zdjęciach to efekt jednokrotnego przetarcia palcem po skórze! Możecie sobie więc wyobrazić intensywność kosmetyku w rzeczywistości,a  tym samym wydajność (choć chyba nie mam niewydajnego różu).
Co powiecie na taki odcień różu? Czy nie jest zbyt lalkowaty? A może i Wam się spodobał tak mocno jak mnie?
Podzielcie się!
Back to Top Najlepsze Blogi