28

Barwy na Facebooku

Postanowiłam zaszaleć i stworzyć stronę Barw Wojennych na Facebooku. Na razie to początki, ale mam nadzieje, że zacznie się to rozkręcać. Dlatego też przygotowałam dla Was konkurs z, mam nadzieję, super nagrodą. 
Mam nadzieję, że ten gitf box zachęci Was do polubienia strony Barw Wojennych na Facebooku. 
Wśród wszystkich "lubisiów" rozlosuję 30 kwietnia ten zestaw.
Warunkiem uczestnictwa w rozdaniu jest polubienie profilu Barw Wojennych na Facebooku.

Pozdrawiam ciepło i mam nadzieje, że pomożecie mi w opanowaniu nowego medium;)
A dla jeszcze większej pewności, klikajcie TU!!!
5

Giveaway - rozstrzygnięcie!

Niezmiernie cieszę się, że moje kolejne rozdaniu spotkało się z tak dużym odzewem z Waszej strony. Naprawdę mi miło, tym bardziej, że lubię dawać prezenty. I tak jak obiecałam - są 2. Jeden to zestaw główny, o którym już pisałam (plus mała niespodzianka), no i drugi, czyli niespodzianka-pocieszenie;)
Ale by nie przedłużać...
Nagroda główna trafia do Idalii.
Zaś nagroda "pocieszenia" powędruje do Maggie.

Gratuluję dziewczyny, zaraz wysyłam też do Was maile z prośba o adresy.
A za kilka chwil kolejne rozdanie, tym razem coś u mnie nowego;)
11

Astor - Lip Tint - (test wszystkich pomadek)

Wczoraj napisałam ogólne wrażenia z testowania Astor Lip Tint, dzisiaj przyszedł czas na zdjęcia kolorów na ustach i krótki opis każdego z nich.
od góry: 200 Grenadine, 103 Rosewood Blush, 300 Nude Sweetness Astor Lip Tint
Na początek pokażę Wam naturalny kolor moich ust, byście lepiej mogły zobaczyc poziom krycia poszczególnych Lip Tintów od Astor.
bez flesza

z fleszem
Przed prezentacją kolorów na ustach jeszcze tylko swatche na skórze - wiadomo, że każda ma inną pigmentację, więc może one też w czymś pomogą;)
bez flesza, od lewej: 300 Nude Sweetness, 103 Rosewood Blush, 200 Grenadine
z fleszem, od lewej: 300 Nude Sweetness, 103 Rosewood Blush, 200 Grenadine
Pierwszym opisanym kolorem będzie Nude Sweetness. Dla mnie to kolor złamanego czerwienią miodu. Przypomina mi to barwę podgrzewanego w rondelku miodu. Kolor ciepły, raczej wszystkim pasujący. Dość zachowawczy, jak dla mnie odrobinę nudny.
Astor Lip Tint - 300 Nude Sweetness
Nude Sweetness bez balsamu (z fleszem)
Nude Sweetness z balsamem (bez flesza)
Nude Sweetness z balsamem (z fleszem)
Kolejny kolor to Rosewood Blush. Dla mnie to bardzo ładny, chłodny róż. Idealny dla blondynek. choć na stronie polecają go brunetkom. Ja go lubię najbardziej  z trzech, które miałam okazje testować. Ale spotkałam się też z opiniami, ze kolor ten jest zbyt siny, jak dla topielicy.
Astor Lip Tint - 103 Rosewood Blush
Rosewood Blush bez balsamu (bez flesza)
Rosewood Blush bez balsamu (z fleszem)
Rosewood Blush z balsamem (bez flesza)
Rosewood Blush z balsamem (z fleszem)
Grenadine to kolor ciepłej, lekko zrudziałej czerwieni. Może lekko podkreślać czerwone tony na skórze, więc nie polecałabym go dziewczynom ze skłonnościami do zaczerwienień. Dla mnie to kolor idelnly dla brunetek i rudych. Kazałam go testować kilku przyjaciółkom i każda wyglądała  w nim lepiej niż ja - frenetyczna blondynka;)
Astor Lip Tint - 200 Grenadine
Grenadine bez balsamu (bez flesza)
Grenadine bez balsamu (z fleszem)
Grenadine z balsamem (bez flesza)
Grenadine z balsamem (z fleszem)

11

LUSH haul

Myślałam, że ta paczka nigdy do mnie nie dotrze, więc tym chętniej "chwalę" się zakupami:) Są to głównie produkty walentynkowe - dobrałam też dwa mydła z Retro.
Pierwsze wrażenia po otwarciu to SŁODYCZE! Zaraz po kolejnych użyciach poszczególne recenzje. A teraz jeszcze szybki przegląd paczki:
It's raining men

(kontuzjowany) Frog Prince
(kolejna ofiara podróży samolotem) Ex Factor
Lovebirds (jak zawsze trafił mi się kawałek bez ozdób)
Alkamar (jak na razie zapachowy faworyt!)
(nie-Korova) Milky Bar
4

Astor - Lip Tint

Już w zeszłym tygodniu dostałam flamastry Lip Tint Astor, ale z recenzjami postanowiłam się troszkę wstrzymać, by lepiej poznać produkt. W tym poście opiszę swoje ogólne wrażenia z użytkowania pomadki, w kolejnym zaś pokażę Wam, jak każdy z kolorów zachowuje się na moich ustach i opiszę pokrótce wszystkie trzy.
Lip Tint to nowy na naszym rynku produkt marki Astor. Wchodzi on do sprzedaży 8 kwietnia. Generalnie jest to pomadka do ust w formie flamastra o przedłużonej trwałości koloru, tylko z tą trwałością miałam lekki problem, ale o tym za chwilę.
Zacznę od opakowania, które jest średnio atrakcyjne. Sama nie wiem do końca, co mi się w nim nie podoba. Kolor plastiku ma sugerować kolor produktu, i jest to pomysł zupełnie nietrafiony, złote logo Astora niezupełnie pasuje do każdego z tych kolorów, a poza tym fatyczny odcień Tinta niezbyt wiele ma wspólnego z tym prezentowanym na opakowaniu. Najbardziej denerwuje mnie to jednak, że w opakowaniu nie widzę ilości produktu, więc na dobrą sprawę nie jestem w stanie ocenić, jak bardzo jest wydajny. I to może być głównym problemem z tym produktem, bo o gustach dotyczących szaty graficznej nie powinno się dyskutować.
Niezaprzeczalnym plusem jednak jest aplikator, bardzo precyzyjny i nie sprawiający problemów. Rzeczywiście szybko i łatwo można pomalować nim usta, bez żadnych przykrych niespodzianek. Doskonale zastępuje kredkę i myślę, że może też służyć jako baza pod szminkę lub błyszczyk. To stwarza duże możliwości w zabawie makijażem i wydobywanie nowych barw ze znanych i lubianych kosmetyków.
Sam produkt jest bardzo dobrze napigmentowany, równo i intensywnie pokrywa usta kolorem. Przede wszystkim nie wysusza, czego naprawdę się bałam, mimo swojej wodnisto-flamastrowatej konsystencji nie uwydatnia też zadziorków czy suchych skórek, nie wchodzi w pęknięcia czy załamania, drobne bruzdki. Kolor na ustach jest naprawdę jednolity, wyraźny i po prostu ładny. Duża w tym zasługa balsamu, znajdującego się w drugiej końcówce pomadki. Nie byłabym sobą, gdybym nie wypróbowała go też solo. Spokojnie można go używać jako pomadki ochronnej. Ma gęstą konsystencje, jednak nie zlepia ust, dokładnie do nich przywiera, nadaje też delikatny połysk. Przeszkadza mi tylko forma balsamu (w sztyfcie) i jego umiejscowienie (na końcu flamastra). Znając mnie, prędzej czy później połamię balsam i zostanie mi lekko wybrakowany Lip Tint.
Wiem, że produkt miał być przede wszystkim trwały. Tu jednak zaczynają się z nim problemy. Używa się go tak - najpierw kolor, później balsam. Już przy aplikacji miałam wrażenie, że balsam ściąga część koloru z ust, troszeczkę go wybarwia, rozmywa. No ale trudno, pomyślałam sobie, i ochoczo zabrałam się do testowania trwałości przez pocałunki. No cóż…, słowo „transferproof” kompletnie nic  tutaj nie znaczyło. Usiałam policzek mojego chłopaka całą stertą odcisków ust. Żebym nie wyszła na gołosłowną, dołączam zdjęcia poglądowe:
Później przyszła pora na jedzenie i picie, tutaj pomadka odnalazła się trochę lepiej, przetrwała obiad złożony z zupy, drugiego dania i galaretki, kolor wprawdzie wyglądał troszeczkę niechlujnie, ale nie aż tak, by załamywać ręce z niesmakiem.
Nie traćcie jednak nadziei! Przemyślałam sprawę dogłębnie i stwierdziłam, że może po prostu odcisnę pomalowane usta na chusteczce higienicznej. Wtedy sytuacja trwałości zmieniła się diametralnie, z czego zadowolona byłam ja i mój chłopak, wyrażający głośny sprzeciw na myśl o kolejnym tarciu twarzy. Tym razem nie było to konieczne. Wprawdzie kolor jakby delikatnie płowiał za każdą próbą ściągnięcia go z ust, ale mniej więcej dzielnie trzymał się na swoim miejscu.
Myślę, że produkt spokojnie sprawdzi się na szalonych imprezach, a nawet na siłowni (jeśli ktoś myśli o malowaniu się na siłownię), czy po prostu przy obiedzie, kolacji.  Z pewnością jest to rzecz przyzwoita  i godna uwagi. Nie wiem jaka będzie cena Lip Tinta, ale znając Astor to pewnie niezbyt wygórowana, co tylko przemawia za.
Szkoda tylko, że do Polski zostały wprowadzone jedynie te bardziej zachowawcze kolory.

Na szczęście już w okresie letnim ma być wprowadzona większa gama kolorystyczna. No i może wtedy będziemy miały taki wybór jak na przykład Niemki:
Myślę, że dodatkowe 9 kolorów z pewnością spowoduje, że więcej kobiet sięgnie po Lip Tint.

Ja najchętniej kupiłabym wersję, którą ma na sobie Heidi Klum pięknie się do nas uśmiechająca ze zdjęcia promocyjnego.
W następnym poście obiecany test poszczególnych kolorów, a teraz pytanie:
 Będziecie czekać na 8 kwietnia, jesteście zainteresowane jakimś konkretnym kolorem?
20

The Body Shop - przeceny!!!!!

Byłam dzisiaj na zakupach i jak zawsze nie mogłam oprzeć się przed wejściem do The Body Shop. Miałam zniżkę z In Style, która uprawniała mnie do zniżki 20% (do dzisiaj ważna), ale okazała się ona zbędna! Bowiem od wejścia witają nas promocje:
- weź 2 masła płać za 1! (czyli za masło płacimy 33 złote, a nie 65 - wzięłam papaję i jagodę)
- przecena produktów świątecznych - od ceny obniżonej jeszcze 50% zniżki (kupiłam 2 masła za 33 złote!)
- weź szampon bananowy lub odżywkę, drugi produkt komplementarny masz za 50% ceny (nie skorzystałam, bo już mam oba).
Miałam też zeswatchować cienie wypiekane, ale TBSowa wizażystka właśnie kogoś malowała i nie chciałam się pod nogami pałętać. Pomacałam za to nową kolekcję kolorówki i chyba w tygodniu wrócę po coś;)
No i news - dziewczyny z TBS wykonują makijaże (i to BEZPŁATNE). Z tego też muszę wkrótce skorzystać, bo ich cienie bardzo lubię.
11

Focus na oko 3. - czarna baza + jeden kolor (+ASTOR)

Tak jak już obiecywałam, zabrałam się za stworzenie makijażu przy pomocy jednego cienia i czarnej bazy z MACa, o której wczoraj pisałam. Dzisiaj postanowiłam do swojego makijażu wprowadzić trochę koloru - wybrałam fuksję, która po aplikacji na bazę nabierał fioletowych odcieni.
W załamanie powieki i w jej zewnętrzny kącik nałożyłam czarna CCB. Na początku wyglada to niedbale i brudno, ale efekt jest zdecydowanie lepszy;)
Początkowo efekt rozblendowanej bazy może Was lekko przerazić i zadacie sobie pytanie - po co Jej to i czym tu się zachwycać. No ale efekt już widziałyście na pierwszym zdjęciu. Więc, moim zdaniem, jest czym. A tak wygląda baza nałożona na obie powieki:
Trochę przypomina to moje pierwsze wprawki do malowania siebie. Na upartego (i to bardzo, jak teraz widzę) kiedyś mogłabym tak wyjść do ludzi i nawet byłabym z siebie dumna. Bo to niby smoky jest;)
Ale wracając do meritum. Na bazę i praktycznie całą powiekę nałożyłam zaraz pigment MAC w odcieniu Fuchsia (jest on dostępny w normalnej sprzedaży, koszt za 4,5 grama to 90 złotych, a cień wystarczy na wieki). Efekt, bez żadnego blendowania, rozcierania i tym podobnych zabaw, jest taki:
Mam nadzieje, że udało mi się przekonać Was do czarnej bazy, która ułatwia wykonanie makijażu i pozwala na ograniczenie czasu spędzonego przed lustrem.
A tutaj mały bonus - baza może też służyć za czarną pomadkę (patent dla gotów). Jednak jeśli już tak się bawimy, radzę użyć kredki, bo inaczej wyjdzie jak u mnie;)
Plus jeszcze cienie nałożone na bazę:

A na koniec pochwalę się, że też zostałam poproszona o testowanie nowego produktu ASTOR, o którym możecie przeczytać na tej stronie. Czekam z niecierpliwością na przesyłkę, bo mam nadzieję na dobrą zabawę z nowym patentem;) Czekajcie więc na recenzję.
6

Biotherm - SkinErgetic na dzień i na noc

  
Kremy Biotherm z nowej serii SkinErgetic testuję od około 3 tygodni i jestem nimi zachwycona. Nie przesadzam w tym momencie, tym bardziej, że kosmetyki pielęgnacyjne to nie mój konik. W tym przypadku jednak jestem skłonna poprzeć zapewnienia producenta o super właściwościach nawilżających i regenerujących kremów.
Producent zapewnia, że w kremie jest 97,5% produktów pochodzenia naturalnego i aż 100% esencji zapachowych pochodzenia naturalnego. Do tych zapewnień podeszłam z początku sceptycznie, szczególnie czytając to tylko w Internecie. Ale, mając już produkt w dłoniach, przekonałam się, że to prawda - Biotherm to produkt w dużej mierze naturalny. Oczywiście nie może być taki w 100%, bo termin ważności kremu (12 miesięcy po otwarciu) by na to nie pozwalała. No ale te 97,5% to i tak bardzo dużo. Od razu, by uwiarygodnić to, co piszę, wrzucam skład kremów:
Biotherm SkinErgetic na noc

Biotherm SkinErgetic na dzień
Krem na dzień pachnie jak dla mnie obłędnie - już to do niego przyciąga. Zapach cytrusów nie jest nachalny, lecz jednak odczuwalny i od rana poprawia nastrój. To dla mnie niezwykle ważne, by zadziałać na swój organizm ze wszystkich stron, a krem Biotherm to zapewnia. Konsystencja jest niezwykle lekka, wchłania się doskonale, nie pozostawiając przy tym tłustawego filmu na skórze. Krem dobrze nawilża skórę, poprawia jej napięcie i widocznie rozjaśnia. Myślę, że jako wiosenna kuracja sprawdzi się doskonale. Ja mam krem-żel do skóry normalnej i mieszanej, lecz w drogerii widziałam też wersję do skóry suchej i bardzo suchej - jak znalazł po zimie. Myślę, ze przez jakiś czas się nie rozstaniemy;)
Biotherm SkinErgetic na dzień

Kolejny krem z tej serii, który mam to krem na noc. Doskonale moim zdaniem uzupełnia się z dziennym kremem. Jego konsystencja z założenia ma być treściwsza, i jest oczywiście. Nie jest to jednak krem tłusty, pozostawiający po aplikacji maskę na twarzy. Wręcz przeciwnie - super się wchłania, a skóra po nim jest gładka i miła w dotyku. Widzę też, że po nocy moja skóra jest nawilżona, co jak dotąd nie było zbyt częste. zapach jest lekko herbaciany, słodki, odpręża. Jednocześnie lekko energetyzuje. Po nim skóra też jest rozjaśniona i promienna.
Biotherm SkinErgetic na noc



Producent zapewnia, że krem nie ma parabenów, syntetycznych barwników i olejków mineralnych. Myślę, że brakiem tych elementów doskonale wpisuje się w modny obecnie ekologiczny trend. Wcześniej byłam sceptyczna wobec podobnych wynalazków, ale po żelach Earth Lovers z The Body Shop, jestem coraz bardziej przekonana do kosmetyków reklamowanych jako przyjazne środowisku.
Jedyny minus tych kremów to cena - za 50 ml trzeba zapłacić 198 złotych. Na razie mam miniaturki 15 ml, ale, przy tej wydajności, myślę, ze wydatek prawie 200 złotych nie jest taki straszny. Bo mi kremów zostało pewnie na około 3 kolejne tygodnie, a, uwierzcie, nie skąpię sobie ich w trakcie aplikacji.
Back to Top Najlepsze Blogi